Linus Kather: „Halali in Ostpreußen“
Esslingen am Neckar, 1977
Rozdział dotyczący wsi Omulefofen, dzisiejsza nazwa Kot
fragment tekstu ze str. 185-189 [tłumaczenie z jęz. niem. B. Mack]
[...] Kto tej nazwy nie znał, a odnosiło się to do ogromnej większości mieszkańców Prus Wschodnich, przypuszczał niechybnie, iż dotyczy ona jakiegoś rewiru gdzieś na Węgrzech. W rzeczywistości wieś znajdowała się gdzieś w środku czworokąta pomiędzy Nidzicą, Pasymiem, Szczytnem i Wielbarkiem. Swoją nazwę zawdzięczała kiedyś małej rzeczce Omulef, która wypływała ze znajdującego się w niedalekiej odłegłości jeziora także o nazwie Omulef, a której część, zanim po minięciu Wielbarka przekroczyła granicę Polski i wpadła do lewego dopływu Wisły czyli Narwii, przecinała wspomniany rewir. Rzeka Omulef stworzyła w tym piaszczystym terenie urocze widoki, wzbogacając przyrodę od czasu do czasu jakąś dziką kaczką, chociaż w tym rejonie konkurencja była bardzo mocna. Polowało się na Mazurach, w krainie tysiąca jezior. Naturalnie, destylacja drewna w specjalnie do tego przystosowanych piecach, musiała tu kiedyś odgrywać bardzo dużą rolę. Świadczy o tym drugi człon nazwy Ofen (w jęz. polskim piec - przypisek tłumacza), występujący również w nazwach innych pobliskich miejscowości np. Schwarzenofen czy Malgaofen.
Wydzierżawiłem ten rewir w roku 1939, krótko przed albo zaraz po rozpoczęciu drugiej wojny światowej. Moja żona któregoś dnia odkryła w „Königsberger Allgemeine“ (Gazeta codzienna regionu - przypisek tłumacza) ogłoszenie, w którym oferowano możliwość polowania. Zameldowałem się jako chętny i udało się. Roczna opłata za dzierżawę wynosiła 150 RM. (Reichs Mark - przypisek tłumacza), do tego koszty pokrycia szkód wyrządzanych przez zwierzynę leśną. Chłopi z Omulefofen okazali się ekspertami zarówno w ochronie przed szkodami jak i w egzekwowaniu odszkodowań za poniesione straty, które pomimo tego powstawały. Nigdy w życiu nie widziałem tyle pomysłów, inicjatyw, fantazji i skuteczności w walce o ochronę swoich płodów przed dziką zwierzyną. Blachy, w możliwych do wymyślenia formach, brzęczące przy najmniejszym podmuchu wiatru, pirotechniczne wybuchy w środku nocy, przywiązane na łańcuchu psy domowe należały do stałego repertuaru. Nic to jednak nie pomagało, zwierzyna była głodna i dlatego też jej wytrwałość była silniejsza od jej przeciwników.
Mój rewir obejmował 3000 Morgów (750 ha) i ze wszystkich stron otoczony był innymi lasami. Położony był w Neidenburger Heide (tłum. - puszcza nidzicka). Niektórzy spoza Prus Wschodnich znają ten rejon pod nazwą Puszcza Ramucka albo Puszcza Piska i wiedzą, że w tej pierwszej żyją najpotężniejsze jelenie, a w tej drugiej rosną najlepsze sosny Europy. O Neidenburger Heide nie słyszało nawet wielu mieszkańców Prus Wschodnich. Moim zdaniem nazwę tą nadano dopiero w okresie trzeciej Rzeszy, rozchodziło się o obszary leżące na terenie czterech Leśnictw: Koniuszyn, Zimna Woda, Napiwoda i Dłużek (dzisiaj to leśnictwo Nowy Las - przypis tłumacza). Mój rewir graniczył z tym ostatnim i Zimną Wodą. Znajomości prywatne nawiązałem tylko z leśniczym Rahn z leśnictwa Zimna Woda. Znalazłem w nim dobrego sąsiada, który nie znał myśliwskiej zazdrości, co nie jest wśród braci myśliwskiej takie znów bardzo powszechne. Z nazwą „Neidenburger Heide" zetknąłem się poraz pierwszy w roku 1940 lub 1941, gdy te cztery leśnictwa zostały przez Hermanna Goeringa przyznane Gauleiterowi Prus Wschodnich Erichowi Koch jako „Hofjagdrevier” (Główny Rewir Łowiecki - przypis tłumacza). W momencie gdy wydzierżawiłem Omulefofen, sytuacja wyglądała tak, że tą 200 kilometrową odległość od Koenigsberg traktowałem jako poważną zaletę. Sądziłem, że przy takiej dużej odległości ekspansywne zapędy myśliwskie Kocha zostaną mi oszczędzone. Wiedziałem doskonale jak brutalnie i bezpardonowo ten nowy myśliwy, nie posiadający przed uzyskaniem władzy żadnego rewiru myśliwskiego, wywalczył ten swój wymarzony rewir.
Do najlepszych rewirów w pobliżu naszej rezydencji i stolicy (Prus Wschodnich - przypis tłumacza) należał „Hospitalforst”, własność Szpitala Lobenichtsen w Koenigsberg. Dzierżawcą tego rewiru, obejmującego obszar 13000 Morgów, był brat Wilhelma Bruhn o imieniu Gustaw. Jako stateczny i szanowany kupiec znany był z tego, że w sprawach socjalnych i kościelnych był bardzo hojny. Został on poddany takim naciskom, że w trakcie trwnia umowy dzierżawnej tego pięknego rewiru, w którym i ja jako gość miałem przyjemność polować, musiał go odstąpić Erichowi Kochowi.
Tego było mu też mało, graniczący z jego rewirem sąsiedzi zostali także wzięci pod obstrzał. Przy tym przypisywał sobie również prawa takie, jakie mają tylko właściciele dzierżawionych terenów.
Wiem, że mój kolega i przyjaciel myśliwski Erich Hantel, posiadający rewir Reichertswalde wielkości 2000 Morgów, gdzie ustrzeliłem moją pierwszą maciorę, został poddany takim naciskom, że musiał ze swojego rewiru pomimo trwjącej umowy dzierżawnej, zrezygnować. Dlatego byłem bardzo zadowolony z tego, że Omulefofen leży tak daleko od stolicy. Sądziłem, że podobne problemy mnie tu nie dosięgną. To jednak okazało się wkrótce wielkim złudzeniem. Nie trwalo całe dwa lata, a moim jedynym myśliwskim sąsiadem został Erich Koch. Traktował mój rewir myśliwski jak drzazgę w obcym ciele, czym w zasadzie i był.
W roku 1942 albo 1943 dostałem pisemne zaproszenie do Dyrekcji i zostałem przyjęty tam przez Naczelnego dyrektora Lasów Państwowych pana Dombois. To była prawa ręka Gauleitnera i nadprezydenta w sprawach łowieckich. Postawił mi rzeczywiście w środku wojny żądanie, abym mu odstąpił swój rewir. Nie pamiętam w tej chwili dobrze, czy zaoferowano mi w zamian jakiś inny. Nie było jednak żadnych gróźb. Grzecznie ale stanowczo odmówiłem. Od tej pory nic o tym więcej nie słyszałem. Koch został w międzyczasie komisarzem państwowym do spraw Ukrainy, przyczyniając się w znacznej mierze swoim działaniem do przegranej wojny. Ci panowie mieli zatem do dyspozycji inne wielkie obszary do polowań, a wkrótce również całkiem inne wielkie zmartwienia. Spośród tych czterech leśnictw tylko jedno nie miało swojego leśniczego, ale z tych obsadzonych leśnictw też zostali dzierżawcy usunięci, a wolne wakaty nigdy więcej nie zostały obsadzone.
Kochowi nie podobało się to, iż administracji rewirów łowieckich przysługiwało prawo do odstrzału zwierzyny. Ci Panowie, jak opowiadał mi leśniczy Rahn, mieli prawo spośród wszystkich nieobsadzonych leśnictw w całych Prusach, wybrać sobie te najlepsze. Do Neidenburger Heide przybył jeden jedyny leśniczy, który posiadał szczególne względy u Kocha, niejaki pan von Bodungen z Tapiau. W czasie mojego czteroletniego sąsiedztwa myśliwskiego z Kochem, tylko jeden raz doszło do pewnego spięcia, jednak odbyło się ono bez osobistego kontaktu.
Pewnej nocy strzelałem do niewielkiego jelenia podczas jego buszowania na prywatnym kartoflisku znajdującym się w odległości ok. 100 m od granicy lasu państwowego. Ponieważ ani nie zauważyłem ani nie słyszałem, by się oddalił z miejsca zdarzenia, sądziłem początkowo, iż padł on od strzału. Jednakże po jakiejś godzinie szukania okazało się, iż moje przypuszczenie było bezpodstawne. Zrezygnowany i zawiedziony poszedłem do domu. Naturalnie natępnego dnia skoro świt byłem znów na miejscu zdarzenia w towarzystwie mojego brata i psa o imieniu „Seppl”. Stwierdziłem, że zwierzę zostało trafione, gdyż zostawiał za sobą ślad w postaci ciągłej linii wyrytej na ziemi przez jedną z tylnych łap. Na szczęście nie oddalał się w kierunku granicy lasu państwowego. Szedłem jego tropem ok. 1 kilometra i na nieszczęście zostałem skonfrontowany z faktem, że w innym miejscu jednak do tego lasu wszedł. Sprawa się rypła. Nie miałem żadnych wątpliwości co do moich obowiązków. Powinienem to oficjalnie zameldować, by uruchomić dalsze poszukiwania w lesie państwowym (poza moim rewirem). To było w środku okresu godowego. Wiedziałem, że Koch ze swoimi gośćmi był tu już od pewnego czasu. Do gości tych należeli Gubernartor Königsberga Dr.Will, Nadinspektor do spraw myśliwskich w Prusach Wschodnich Sohst, była z nimi również żona Kocha. Do odstrzału mieli oni osiem lub dziewięć jeleni. Wiedziałem również, że to dalsze poszukiwanie rannej zwierzyny musi w ewidentny sposób zakłócić czas godowy. Na pobłażanie nie mogłem liczyć. Do tego dochodziła jeszcze moja wątpliwość czy to podstrzelenie, które podejrzewałem ale taki pewien to już nie byłem, doprowadzi do odnalezienia rannego zwierza. Podczs mojego zatroskanego rozmyślania nie zważałem zbytnio na mojego Seppla, który naturalnie zaraz to wykorzystał i nie zważając na wrogą granicę, rozpoczął poszukiwania na własną rękę. W pewnym momencie usłyszałem jakieś ujadania, które dobiegały do mnie z odległości ok. 150 m. Odłożyłem moją strzelbę i popieszyłem w tym kierunku. To był wspaniały widok ujrzeć, jak mój mały piesek rozdziawił swoje gardło i zatrzymał tego jelenia. Jeleń jednak mnie zauważył i odskoczył, ale nie uszedł daleko, bo po jakichś 50 m mój Seppl znów go dogonił. To przekonało mnie tylko, że nie mogło tu tylko o podstrzelenie chodzić. Nie poszedłem więc jego tropem lecz wróciłem się po moją strzelbę i udałem się w kierunku leśnictwa, które znajdowało się w odległości ok. 500 m od szosy Nidzica–Pasym. Nazwy tej leśniczowki nie pamiętam, jednak nazwisko leśniczego zapamiętałem. Był to leśniczy Fritsch, z którym utrzymywałem dobre stosunki sąsiedzkie. To był starszy kawaler ze Śląska, który za kołnierz nie wylewł. Musiałem na niego ok. pół godziny czekać, siedząc na zewnątrz na ławeczce. Przez cały czas słyszałem ujadanie mojego jamnika. Seppl przez całą godzinę nie odstępował jelenia. Gdy Frisch przyszedł, udaliśmy się tam wspólnie. Wreszcie mogłem z niewielkiej odległości oddać decydujący strzał. Jeleń ten miał podstrzeloną wątrobę, która sprawiała mu zapewne ogromny ból i w ten sposób sobie tłumaczę ten dziwny ślad za nim. To był jak na swoje lata i budowę ciała za mały ósmak i Fritsch powiedział spontanicznie „dobrze, że został załatwiony”. Jego myśliwski szef był jednak innego zdania. Jeleń ten został odtransportowany do Nadleśnictwa Zimna Woda i tam przez Kocha ze swoją świtą obejrzany. Zwracając się do zebranych Koch powiedział „Oto widzicie do jakich jeleni strzelają moi myśliwscy sąsiedzi. Panie Gaujägermeister (Nadinspektorze d.s myśliwskich - przypis tłumacza) niech Pan czyni co należy”. Odpowiedż jednak brzmiała „Nie wiem co mam przedsięwziąć. Pan Kather w sposób zgodny z przepisami zameldował wkroczenie rannego jelenia na pański rewir. Dla mnie jest to sprawa załatwiona. Niech pan się cieszy, że wasi sąsiedzi tylko do tych małych sztuk strzelają.” Opowiadał mi to potem osobiście Gaujägermajster Sohst przy jakimś spotkaniu jeszcze w ojczyźnie. Koch naturalnie nie mógł osobiście ocenić czy ten jeleń nadawał się do odstrzału czy też nie. W okresie tych lat wojennych Koch polecił wybudowć ambony, których schody lub szczeble drabin pokrtyte były gumą. Wśrod ludności rozmawiano o tym z niesmakiem, a ze wściekłością o tym, że w tych ciężkich latach 1943 - 1944 przeznaczano ponad 500 Centner na rok (2,5 tony - przypisek tłum.) ziemniaków na dokarmianie zwierzyny jako przykład dyscypliny i jedności ludu.
Mój średni odstrzał w roku przedstawiał się mniej więcej następująco:
Zwierzyna płowa – 8 do10 sztuk z czego 1-2 jelenie, 1 do 2 loch, 2 do 3 saren, ok 15 zajęcy i kilka dzikich kaczek, i to wszystko przy rocznej opłacie ryczałtowej 150 RM!!. Oczywiście były rewiry gdzie koszty opłat za wyrządzone przez zwierzynę szkody decydowały o oplacalności. U mnie również koszty odszkodowań były nieco wyższe od opłaty ryczałtowej. Wysokość tych odszkodowań nie osiągała jednak niebezpiecznych rozmiarów. Tam była ziemia za słaba, tylko piasek i piasek. Jeśli urodzaj był dobry, to plon żyta wynosił pięciokrotność tego co zostało wysiane. Prawie każdy jeleń mógł przejść przez zasiew nie łamiąc źdźbeł zboża. Przenicy nie uprawiano tu w ogóle, jęczmień i owies tylko w niewielkich ilościach. Głównymi płodami były ziemniaki i gryka. Ta ostatnia roślina była przez zwierzynę prawie nietknięta, za to ziemniaki to była ulubiona potrawa zwierzyny płowej i dzików. Były one jednak tak tanie, że nie mogło to stanowić dla mnie problemu. Największą sumę jaką musiałem w jednym roku zapłacić to 400 RM za 200 Centner (10 000 kg - przypisek tłumacza) kartofli. Były to koszty do zaakceptowania. Z punktu widzenia wyżywienia w tamtych ciężkich czasach, było to bardzo trafne rozwiązanie. Według ówcześnie obowiązującego prawa, każdy myślywy mógł co trzecią lub czwartą upolowaną przez siebie dużą zwierzynę bez żadnych dodatkowych opłat wykorzystać na własne potrzeby, a do tego jeszcze całą drobną zwierzynę.
Ta słabo urodzajna gleba miała w niektórych przypadkach również zalety. Im więcej i dłużej padało, tym twardsze stawały się drogi i tym lepiej można było się poruszać autem. Do tego duże znaczenie miał fakt, że chłopskie lasy były rzdko zadrzewione. Ten splot warunków sprawiał, że prawie wszędzie można było dojechać. Podczas tego sześcioletniego okresu, w którym miałem szczęście polować w Omulefofen, nie zdarzyło mi się ani razu, abym do upolowanej zwierzyny nie mógł dotrzeć autem. Po moich złych doświadczeniach myśliwskich w innych regionach, szczególnie w Heinrichsdorf (Jędrychowo pow.Braniewo - przypisek tłumacza), doceniam to szczególnie. Inną wielką zaletą była jasność, którą ten biały piasek nocą emitował. Już w trakcie półksiężycowej nocy czy niewielkiego zachmurzenia, można było oddać celny strzał. Podczas pełni księżyca i przy bezchmurnym niebie lepiej było zostać w domu, podobnie jak zwierzyna leśna, która też korzystała z ukrycia w leśnej gęstwinie odkładając poszukiwanie pożywienia na bardziej dogodny moment. Mój brat Hans, mający zgodnie wewnętrzną umową między nami połowę udziałów w tej dzierżawie, jeździł do Omulefofen równie chętnie jak ja. Faktem wpływającym na nasze zadowolenie była także możliwość zakwaterowania. Od samego początku problem zakwaterowania był rozwiązany w sposób idealny. Wieś ta z liczbą mieszkańców ok. 600-700 osób, posiadała tylko jedno gospodarstwo oddalone od zabudowy zwartej (błąd autora - przypisek tłumacza). Gospodarstwo to znajdowało się w odległości ok 1500 m od wsi. Należało ono do gospodarza o nazwisku Rogalla, który krótko po zakończeniu operacji wrześniowej, objął dodatkowo zagrodę w powiecie Zichenau (Ciechanów - przypisek tłumacza), ponieważ tam była o wiele lepsza ziemia. Jego gospodarstwo w Omulefofen bardzo często stało puste i bardzo chętnie wynajmowano je nam. Czasami korzystaliśmy z tego gospodarstwa wspólnie z gospodarzami, gdy ci przjeżdżali by wykonać najpilniejsze prace polowe. Pani Rogalla była bardzo miłą gospodynią, która nas obsługiwała, gdy mojej żony nie było z nami. Również z jej trójką dzieci mieliśmy bardzo dobry kontakt. Ta zagroda z jej dobrym układem pomieszczeń jak i z powodu faktu, że stała na uboczu, była naszym najlepszym miejscem pobytu ze wszystkich innych rewirów, z których kiedykolwiek korzystaliśmy. Z panią Rogalla, która po wypędzeniu osiedliła się w Dolnej Saksonii, mieliśmy jeszcze wielokrotnie później kontakt.
A teraz chciałbym opisać jedną noc w Omulefofen, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Przybyliśmy - mój myśliwski przyjaciel Fritz Possekel i ja - do Omulefofen z Königsbergu późnym popołudniem. Był on wytrwałym pasjonatem myśliwstwa i jednocześnie pewnym i dobrym strzelcem. Z tego też powodu powierzyłem mu cały mój rewir, a sam zdecydowałem się na ograniczenie moich czynności tylko do najbliższego otoczenia naszego podwórka, które to tym razem mieliśmy w całości tylko dla siebie. To było jakoś krótko przed lub po świętach Bożego Narodzenia i naturalnie leżał wtedy śnieg, chociaż nie było go za dużo. Była pełnia księżyca i na większą zwierzynę nie było co liczyć. Około 100 m od domu znajdowało się pole z żytem, na którym to zielone czubki oziminy wystawały powyżej połaci śniegu. Trop na śniegu był dostatecznie widoczny i to był mój obszar zainteresowania na tę noc. Zaopatrzyłem się dobrze w odpowiednią lekturę jak i alkohol. Napojem narodowym Mazurów nie był w żadnym wypadku miód pitny, tylko grog, ja wtedy faworyzowałem rum, w który w wystarczających ilościach i za rozsądną cenę wyposażył mnie mój klient i przyjaciel Leo Dudel, właściciel firmy „Koniak-Schulz”. Jeszcze do dzisiaj widzę przede mną te litrowe butelki z zieloną nalepką. Na temat zawartości tekstowej zabranej ze sobą literatury nie potrafię dać precyzyjnej odpowiedzi. Na pewno było to coś adekwatnego do sytuacji. Był to Karol May albo Dumas ten starszy, a może i Henryk Sienkiewicz. Czytałem to w kuchni, gdyż jej okna wychodziły na podwórko z jednej strony, a zdrugiej strony gorąca woda też była pod ręką. Zrobiłem sobie bardzo przytulnie i zacząłem z pełną kulturą powolne i długotrwałe spożywanie różnorodnych potraw. Co jakieś pół godziny skradałem sie po cichutku do mojej sypialni, skąd miałem dobry widok na roztaczające się pole, gdzie mógł się pojawić mój łup. Przy otwartym oknie postawiłem mój naładowany sztucer z celownikiem optycznym, ponieważ przy odległości większej niż 100 m tylko kule wchodziły w rachubę. Gdybym miał opowiedzieć, że w ciągu następnych godzin mój nastrój był ciągle podnioślejszy, to proszę mi wierzyć, że nie tylko produkt od Leo Dudel był tego powodem. Nie, to co najmniej w 50% te ciągłe „podchody” do mojej sypialni były tego powodem. W ciągu tego długiego wieczoru strzelałem cztero- lub pięciokrotnie do zajęcy i jeden raz do lisa. Wynik: 2 upolowane zające, a od lisa zobaczyłem tylko w oddali śmigającą kitę. Pomimo to byłem cały szczęśliwy. Krótko po północy pojawił się mój kompan z jednym upolowanym zającem i potworną chęcią na grog. Następnego ranka poszliśmy śladem uciekającego wieczorem lisa nie znajdując na przestrzeni ok 500 m ani kropelki potu (krwi zwierzyny - dopisek tłumacza). Wtedy też postanowiliśmy przedostać się przez gęstwinę młodniaka w ten sposób, że jeden z nas rozsuwał gałęzie, a drugi w tym miejscu przechodził dalej. W pierwszym młodniaku to mnie najpierw przypadła rola rozsuwania gałęzi. Nagle spostrzegłem przy jednym pieńku coś czerwonego, co odpowiadało lisowi. Prawdopodobnie pomyślałem o moim przyjacielu z wczorajszego wieczoru, ale również o tym, że oddanie strzału w tej gęstwinie do zmykającego rudzielca może zakończyć się wielką niewiadomą. Powiedziałem sobie: Co pewne to pewne, aby zdobyczy nie uszkodzić, cofnąłem się o jakieś 15 m i pociągnąłem za spust. To było zbeszczeszczenie zwłok. Zwierzę było sztywne i zimne. Zadziwiające, że ten lis w którego wnętrzu dosyć głęboko tkwiła kula, był jeszcze zdolny przebiec ok 800 m nie zostawiając przy tym żadnego śladu i pomimo istniejącej pokrywy śnieżnej brak było jakiegokolwiek śładu odstrzału. Zrobiliśmy błąd, bo nie rozpoczęliśmy poszukiwania od miejsca, w którym nastąpił odstrzał, tylko w miejscu, od którego lis zniknął mi z horyzontu. Tam gdzie ten lis został trafiony powinny były przecież pozostać ślady jego sierści. Tak oto zakończył się ten przyjemny i w dodatku lukratywny wieczór.
W przeciągu tych 6 lat, które spędziłem na polowaniach w Omulefofen, udało mi się ustrzelić potężnego jelenia - czternastaka z 7-kilogramowym porożem. Było to bardzo regularne poroże, którego białe końcówki świeciły jak świeczki na choince. Jego pień nie był zbyt mocny, jego najdłuższa część wynosiła 107 cm. Ten jeleń zszedł z tego świata 2 lata za wcześnie. To trofeum jest i pozostanie moją drugą w kolejności zdobyczą myśliwską.
Było to 5 października roku dobrze nie pamiętam, gdy siedziałem na ambonie gdzieś na skraju lasu. Ok.godziny 22:00 w odległości ok 150 m od mojego stanowiska na wolnej przestrzeni pojawiły dwa jelenie, a jednym z nich był dobrze zbudowany dziesiątak. Wędrując spokojnie nawet się nie zatrzymały, a mój nabój pozostał w sztucerze, ponieważ nie wycelowałem jeszcze dobrze, a także nie chciałem ryzykować. Jakieś 15 minut później na tym samym miejscu pojawił się czternastak, którego z tej samej odleglości trafiła moja kula. Nie upłynęło 10 minut, a całą polanę pokryła gęsta mgła.
Moja zdobycz miała zatem podwójnego pecha. Po pierwsze dlatego, że nie byłem jeszcze gotowy na poprzedniego dziesiątaka a, po raz drugi gdy 10 minut za wcześnie pojawił się w moim zasięgu. Drugiego dobrego jelenia upolował mój brat Hans, a było to 3 października. Właśnie w tym to czasie kończy się okres godowy, a jelenie znajdowały się na poszukiwaniach. Tym razem był to dwunastak z 7 kilogramowym porożem bez wątpienia jedno z lepszych trofeów. Jeleń ten miał również odpowiedni wiek. Te potężne jelenie ważyły, nie przesadzając, ponad 4 Centnery i była to nie lada sztuka, by obydwa umieścić w bagażniku mojego Opla Kapitana.
Bardzo często stawiałem sobie pytanie - jak to możliwe, że na tym terenie można spotkać takie pokaźne sztuki. Przecież te okoliczne pola nie rodziły praktycznie nic innego jak tylko ziemniaki, a lasy jak tylko okiem sięgnąć, obfitowały tylko w grzyby, za to w ogromnych ilościach. Dokarmianie zwierzyny przez myśliwych nie odgrywało jeszcze w tamtych czasach większego znaczenia.
Jeszcze jednego jelenia z tamtego terenu mam dobrze w pamięci. Nie był on specjalnie wielki, poroże ważyło w granicach 5-6 kg ale wiekowo i pod względem specyficznego ustawienia pni rogowych należał do ciekawego trofeum, które to specjalnie zachowałem w moim sercu. Zresztą to poroże i to od tego czternastaka należało do moich trofeów, które przed zakończeniem wojny składowałem w Rauschen (obecnie : Swietlogorsk /Kaliningrad - przypisek tlumacza).
W Omulefofen nie ustrzeliłem jakiegoś szczególnego okazu dzika, tylko jeden raz spotkałem takiego na mojej drodze. Siedziałem wtedy na zamkniętej ambonie, zaczęło padać więc rozciągnąłem się na rozłożonej słomie i zasnąłem snem niewiniątka. W pewnym momencie, gdy jasne promienie księżca oświetliły moją twarz, obudziłem się. Prawdopodobnie nadciągnął krótkofalowy wyż. Za pomocą lornetki przeszukałem pole w moim obszarze widzenia. I rzeczywiście, ujrzałem baraszkującą w kartoflach okazałą maciorę. Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami powoli i ostrożnie otworzyłem okienko. Udało mi się to całkiem bezszelestnie, ale pomimo tego moja niedoszła zdobycz zniknęła jak piorun w glebie. Od samego początku przypuszczałem - i do tej pory tak uważam - że przyczyną mojego niepowodzenia nie był zdradziecki odblask księżyca w oknie, ale niekorzystny wiatr. Ciągle doświadczałem tego, nawet na wysokości ambony, że ochrona od wiatru jest przez ogół myśliwych niedoceniana. Napewno obowiązuje to dla większych odległości, ale również nierzadko się zdarza, że powietrze spychane jest bezpośrednio w pobliże ambony. Wysokość mojej ambony wynosiła 7 m od ziemi, a drabina posiadała 21 szczebelek. Pamiętam to dobrze, bo któregoś razu mój Seppl z wielkim łomotem sturlał się z niej na ziemię, nie doznając najmniejszego okaleczenia.
Mieszkańcami Omulefofen byli Mazurzy. W przeważającej mierze rozmawiali oni po niemiecku, również ci starsi, praktycznie wszyscy byli protestantami, a podczas Plebiscytu w dniu 11 7. 1921 głosowli, jak wszyscy Mazurzy, prawie w 100 procentach przeciwko Polsce. To byli wierni Prusacy i czuli się jako tacy. Pomijając rodzinę Rogalla, nie miałem jakichś bliższych kontaktów z mieszkańcami. Nie doszło też do jakiejś scysji. Amtsvorsteher (najwyższy rangą urzędnik gromady - przypis tłumacza) Paulini był człowiekiem spokojnym i rozsądnym, starał się o to by we wsi pozostał kościół (niezgodne z prawdą - we wsi nigdy nie było kościola – przypis tłumacza), a każdy dostał co mu się należy. Można z nim było rozmawiać w cztery oczy o sprawach, o których w ówczesnych czasach lepiej było milczeć.
Z tym bardzo pięknym rewirem pożegnałem się w Sylwestra roku 1944-45. Przyjechałem tu z Fritzem Possekel na pare dni polowania. To było moje ostatnie polowanie. Mojemu towarzyszowi udało się odstrzelić sporego dzika i to było nasz ostatni dzik w Prusach Wschodnich. 31 grudnia w zupełnej ciszy usadowiliśmy się w niedaleko od siebie leżących zakątkach rewiru. O północy podczas wspólnego powrotu do domu usłyszeliśmy z daleka i bliska dochodzące nas odgłosy bicia dzwonów i wystrzałów na przywitanie nadchodzącego roku 1945. Podziwiałem ten niesamowity nastrój i właśnie w tej godzinie żegnałem się z Omulefofen. Pozostawiłem swoje serce w wielu moich myśliwskich rewirach: Hegewald, Ramsau, Kampken, Heinrichsdorf i innych, ale korona bez wątpienia należy się OMULEFOFEN.
| 